Morwówka na parapecie

Pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam drzewo morwowe.  Było to w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 80. Morw było kilka, w starym parku, one same też już potężne i wiekowe.  A pod nimi rozpościerał się dywan z prawie czarnych owoców, ni to malin, ni to jeżyn.  Wyglądały na jadalne, więc niewiele myśląc spróbowałam: były pyszne!  Soczyste, delikatne, o słodko-kwaśnym smaku, trochę jakby z nutką melona. Mulberry tree. Bardzo popularne drzewo w Anglii, z którego owoców tamtejsze gospodynie robią ciasta, tarty, wina i likiery.  Są trzy rodzaje morwy: czarna, biała i czerwona. U nas morwy są drzewami parkowymi i alejowymi, ale ich wartość dekoracyjna jest dyskusyjna. Dość późno rozwijają się wiosną ich liście, a potem jesienią wcześnie żółkną i opadają. Choć kształt ich liści jest bardzo ciekawy i prawie każdy liść jest inny, owalny lub sercowaty, bardzo różnie powcinany na brzegach.

Morwy białe pochodzą z obszaru Chin, jednak już od dawna były powszechnie uprawiane w regionie śródziemnomorskim i w cieplejszych rejonach Europy. Od XI-XII wieku ich uprawa rozpowszechniła się w związku ze wzrostem popularności jedwabiu naturalnego, jako że liście morwy białej są podstawowym pożywieniem gąsienic motyli jedwabników wytwarzających jedwabne nici. W czasach II wojny światowej, kiedy było ogromne zapotrzebowanie na jedwabny materiał do szycia spadochronów, krzewy te posadzono w wielu niemieckich ogrodach. Gdzieś wyczytałam, że materiał ze zdobytych niemieckich spadochronów przerabiany był przez zapobiegliwych polskich krawców na bardzo modne wówczas jedwabne ubrania. Przez wiele lat, gdy w Polsce działały wytwórnie jedwabiu korzystające z przędzy krajowej, drzewa morw sadzono i u nas. Do dziś można je spotkać w starych ogrodach, gdzie rosną najczęściej w żywopłotach, chętnie na glebach lekkich, piaszczystych, w miejscach suchych i słonecznych. Mnie zastanowił fakt, że nigdy wcześniej tego drzewa nie widziałam, a po przeprowadzce do Radoń wielokrotnie. W naszej najbliższej okolicy, w rejonie Podkowy i Żółwina, głównie w miejscowościach w pobliżu Milanówka. Dopiero po jakimś czasie zdałam sobie sprawę, że przecież tam gdzie sadzono morwę na pewno hodowano jedwabniki.  A przecież jedwab polski przez dziesięciolecia kojarzony był z sąsiadującym z Grodziskiem miastem – Milanówkiem. Początki historii milanowskiego jedwabiu sięgają pierwszych lat niepodległości, kiedy to w 1924 roku rodzeństwo Stanisława i Henryk Witaczkowie utworzyli w Milanówku Centralną Doświadczalną Stację Jedwabniczą. W 1930 roku, gdy produkcja zaczęła się rozkręcać, fabrykę odwiedził ówczesny prezydent Ignacy Mościcki. Produkowano tu materiały, szale, apaszki, nici, obiciówki i wiele innych. Wokół fabryki Witaczków skupiało się życie kilku pokoleń mieszkańców miasteczka, a najstarsi mieszkańcy do dzisiaj wspominają prowadzone przez siebie przed wojną hodowle jedwabników. Wychów gąsienic jedwabnika morwowego to zajęcie sezonowe, które trwało około 5 tygodni w czerwcu i lipcu, a średnią hodowlę można było zmieścić w jednej przeciętnej izbie mieszkalnej. W okresie wzrostu gąsienice są bardzo żarłoczne, a wychowanie z jajeczek poczwarki, kiedy to powstaje oprzęd czyli kokon, wymagało podania jedwabnikom około 60 kg liści morwy!  Podobno tej liściastej konsumpcji towarzyszył bardzo charakterystyczny szum 🙂

Kiedy ponad 10 lat temu postanowiłam założyć w Radoniach sad – w tym samym miejscu gdzie rósł on za czasów pp. Chrzanowskich – oprócz sadzonek jabłoni, grusz i śliw udało mi się również zakupić trzy drzewka morwowe.  Dwa białe i jedno czarne. Morwa czarna (Morus nigra) jest niższa od białej i osiąga wysokość 10 m. Jej owoce są purpurowe, ciemnofioletowe lub czarne i stąd pochodzi nazwa gatunku. Z historycznych zapisków wiadomo, że to Karol Wielki nakazał wprowadzenie jej do uprawy na północ od Alp. W klasztorach z jej owoców wyrabiano wino morwowe i do dziś spotyka się ją w formie zdziczałej w Hiszpanii i we Włoszech. Natomiast w górskich wioskach Armenii i Kurdystanu, gdzie trudno o cukier i witaminy, owoce morwy czarnej od niepamiętnych czasów suszyło się jak morele i figi – stanowiły w ten sposób zdrowe uzupełnienie ubogiej diety.

Przed posadzeniem morwy przeczytałam, że nie jest ona trudna w pielęgnacji, należy jej jedynie zapewnić ciepło, dużo miejsca i glebę o obojętnym odczynie kwasowo-zasadowym, i że owocuje ona zazwyczaj po pięciu latach.  I tak na parę lat zapomniałam o moich drzewkach, które nie przejmując się mazowieckim piachem rosły sobie w górę i w szerz, radząc sobie o wiele lepiej niż pozostałe.  Aż do zeszłego roku, kiedy to moje morwy zdecydowanie upomniały się o moją uwagę.  Najpierw obfitymi kwietniowymi kwiatami, by następnie w lipcu pokazać swoje prawdziwe piękno dorodnymi jagodami.  Byłam tak zaskoczona tą obfitością, że nie bardzo wiedziałam co z nimi robić.

Tym bardziej, że im więcej czytałam na ich temat tym bardziej nabierałam pewnego rodzaju „czołobitności” dla tego drzewka, bowiem wszystkie części tej rośliny mają właściwości lecznicze. Liście zawierają substancję obniżającą poziom cukru we krwi, podobnie do insuliny. Można z nich przyrządzać herbaty. Owoce znajdują zastosowanie przy leczeniu chorób sercowo-naczyniowych i jako środek krwiotwórczy, zawierają witaminy A, B1, B2, oraz C, ponadto flawonoidy, kumaryny i taniny. Spożywanie morwy wzmacnia organizm, reguluje poziom cholesterolu i obniża poziom glukozy we krwi.  A medycyna wschodnia zaleca niedojrzałe owoce morwy przy biegunce, a dojrzałe przeciwko nieżytowi żołądka i jelit oraz przy kolkach żołądkowych. Więc głównie morwowe soczyste „szyszki” spożywaliśmy na surowo (razem z ogonkami ), a sporą część zamroziłam na „zaś”, jako że byłam przekonana, iż po takim wysiłku drzewko będzie koniecznie musiało odpocząć i w tym roku owoców nie uświadczę.  A tymczasem nie tylko, że jest ich znowu olbrzymia ilość to pojawiły się prawie miesiąc wcześniej. Zbieram więc je codziennie, i te opadnięte i bezpośrednio z drzewa.

 

I tak rozmyślając, co by tutaj z nich zrobić postanowiłam z pierwszej partii owoców nastawić nalewkę.  Bo pewnie mało kto pił morwówkę.  Ja też nie, więc może będzie jak z tym moim octem balsamicznym z bzu czarnego? Może kolejny raz stworzę coś smacznego, a jednocześnie takiego mojego? Umyłam więc 1,5 kg morwy (w moim ulubionym starodawnym durszlaku),

zalałam okowitą i innymi procentami i odstawiłam słój na parapet na trzy tygodnie.

Po tym czasie nalew zleję i odstawię do ciemnego pomieszczenia, a owoce zasypię cukrem. Po dwóch tygodniach syrop przefiltruję, połączę z nalewem i rozleję do butelek. Przez następne miesiące nalewka z morwy nabierze szlachetności i smaku i będzie jak znalazł na grudniowy kiermasz bożonarodzeniowy!

Komentarzy do Morwówka na parapecie: 1

  • Małgorzata Baranowska  napisał:

    Jak zawsze zachwycasz wiedzą, dociekliwością, fotografiami i pasją tworzenia. Cóż ja „biedny żuczek” mogę? Zamawiam buteleczkę „Dziedziczkowej morwówki” i zalecam owoce /po ostatnim odsączeniu/ przełożyć do małych słoiczków i ukryć jako dodatek do ciast, babeczek, tortów. Aż ślinka cieknie. Gorąco pozdrawiam „pracusiu” <3

Zostaw odpowiedź.

Możesz używać następujących znaczników HTML i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>