Pędy, płatki i listeczki czyli pandemiczny embarras de richesses

Jako, że dostaję ostatnio liczne zapytania, czy są powody dla których mój dworsko-parkowy blog wszedł w sezon troszkę ogórkowy, śpiesznie donoszę, że mamy się wszyscy dobrze, jesteśmy zdrowi i nie jest to związane z panoszącą się pandemią . Choć po chwili zastanowienia dochodzę jednak do wniosku, że pośrednio może i jest, ponieważ okazuje się, że widmo korona wirusa niechcący wyzwoliło we mnie uśpioną zapobiegliwość Ślązaczki – i to taką do n-tej potęgi. Stwierdzając pewnego dnia, że skoro przyszłość stoi pod znakiem zapytania, oznacza to (dla Ślązaczki przynajmniej), że co jak co, ale spiżarnie powinny być przygotowane na wszelką ewentualność i ze wszech miar porządnie zaopatrzone, a więc zabrałam się do pracy niczym robot wielofunkcyjny.  No i przez te moje kulinarne ambicje żyję w wielkim niedoczasie, na czym ucierpiał niniejszy blog, choć mam jednocześnie sporą satysfakcję, myśląc sobie, że niejako kontynuuję przedwojenną tradycję, kiedy to pp. Chrzanowscy prowadzili na terenie majątku Przetwórnię Owoców i Warzyw.  Oczywiście w moim przypadku nie ma tutaj mowy o jakiejś produkcji hurtowej, choć muszę przyznać, że ostatnio zabrakło mi już pustych półek w mojej zimnej spiżarni, pieszczotliwie zwanej lamusem.  Nie jesteśmy też jak Jan i Maria samowystarczalni – choć znowuż – gros produktów pochodzi z naszego ogrodu i kurnika, a Benedykt co drugi dzień wypieka przepyszne chleby na zakwasie.

Ale po kolei.  Pomijając ekstensywne wiosenne siewy w ogrodzie warzywnym oraz sadzenie ziemniaków i sadzonek ogórków, cukinii i dyni, moje kulinarne eskapady są związane ściśle z roślinnością w parku i jej poszczególnymi etapami rozkwitania i przekwitania.  Bo muszę przyznać, że największą satysfakcją jest dla mnie przetwarzanie darów Matki Natury, które są w zasięgu mojej ręki. Zaczyna się co roku tak samo, a mianowicie od zbierania mniszka lekarskiego na tak zwany ziołomiodek. Mniszek kwitnie u mnie dosłownie wszędzie, a w miejscach lekko zacienionych i wilgotnych ma szczególnie imponujące rozmiarem i ilością pyłku łebki i, jako że jest to mój pierwszy wiosenny zbiór, to trudno mi się opanować i zbieram go zawsze więcej niż w roku poprzednim.

Ponieważ między innymi podnosi on odporność organizmu (a przecież w powietrzu wisi wirus!), więc warto mieć w zapasie kilka słoików.

Po mniszku przychodzi pora na pokrzywę i dwa nietypowe produkty, jako że jednego dnia zrobiłam z niej pesto do makaronu oraz nastawiłam… gnojówkę. Ponieważ kilka dni wcześniej uraczyłam moją rodzinkę wielce aromatycznym pesto z liści czosnku niedźwiedziego, rwanego przyjacielską dłonią w okołojeleniogórskich lasach, (którego kilka kilogramów dostarczył mi kurier), to moje ekologiczne pesto z pokrzywy nie spotkało się z aprobatą.

Natomiast gnojówka jak najbardziej tak, i zasila ona co dwa tygodnie bardzo żarłoczne krzewy pomidorów, papryk i bakłażanów panoszące się w mojej nowej szklarence, którą wspólnymi siłami postawiliśmy wczesną wiosną.

Trzeba jedynie zachować szczególne środki ostrożności przy jej „obsłudze”, bo po pierwsze śmierdzi niemiłosiernie, a po drugie nie można jej mieszać tuż przed wyjściem w miasto, bo gnojówka, która choćby kapnęła na ogrodnika, zostanie z nim do kąpieli, a nawet i o jeden dzień dłużej 🙂 Jak już się uporałam z tą pożyteczną miksturą to postanowiłam – po raz pierwszy w życiu – nazbierać aromatycznych pędów sosny. Na syrop na kaszel, na odporność. Lata temu posadziłam wokół Maryjki zagajnik sosnowo-brzozowy, pierwsze moje w życiu drzewa.  Teraz już są całkiem słusznej wysokości, a sosenki na wiosnę puszczają piękne pędy, które zbierając chrupałam sobie, niczym batonik energetyczny.

Po zlaniu syropu –  jak już odstał te swoje trzy tygodnie – lepką od cukru i żywicy pulpę zalałam alkoholem i z ciekawością czekam na moją pierwszą w życiu nalewkę sosnową. Początek wiosny był bardzo suchy i gorący, ale kiedy wreszcie niebiosa się zlitowały i solidnie popadało, w moim ogrodzie natychmiast zazieleniło się od chwastów. Plewiłam całymi dniami po kilka godzin: rosarium, rabaty bylinowe, zagon z ziemniakami, żwirek na podjeździe, no i oczywiście ogród warzywny. Do tej pory plewię, bo po każdym deszczu kiełkują jakieś kolejne nasiona chwastów, które szczerze mówiąc nie wiem skąd się w mojej glebie biorą. I tak plewiąc w warzywniku zauważyłam, że mój zagon z miętą rozrósł się do kilku metrów kwadratowych i pomyślałam, że warto byłoby coś sensownego z tym ziółkiem zrobić.

No i znalazłam bardzo prosty przepis na miętowy syrop, jako bazę do orzeźwiającej lemoniady.  Jakież było moje zdziwienie, gdy po zlaniu gotowej już mikstury do butelek okazało się, że syrop nie jest koloru zielonego – a przecież z takim kolorem kojarzy nam się mięta – lecz ma przepiękny odcień pastelowego różu.  Analizując cały proces i oglądając gałązki mięty pieprzowej zauważyłam, że mają one bordowy kolor i pocięte – pod wpływem kwasku cytrynowego – niechybnie oddają ten kolor do napoju.

Zrobiłam tego syropu jakieś osiem litrów i wciąż robię dalej, bo mięta się odradza niczym feniks z popiołów (a pewna strona internetowa z butelkami jest pewnie z tej mojej produkcji bardzo zadowolona, bo jestem ich częstym gościem, jako że gdzieś te napitki trzeba przecież  zlewać).

Gdy odsapnęłam od mięty pojawiły się pierwsze kwiaty bzu czarnego, którego krzewów mam w parku chyba z dwadzieścia.  Uwielbiam ich zapach, szczególnie intensywny wieczorną porą, kiedy to idę z moją psią trójcą na przechadzkę. Park, niczym olfaktoryczny teatr, obdarza swoimi zapachami od początków wiosny. Tydzień po tygodniu coś nowego zakwita, a olejki eteryczne meandrują w powietrzu. Mirabelki, czeremchy, lilaki, bez czarny, róże stulistne, akacje i początkiem lipca lipy.  Jakże zachwycające i jakże zróżnicowane jest to bogactwo zapachów jakimi obdarza nas Matka Natura. Moje bzy czarne są już bardzo sędziwe i wysokie, trzeba więc drabinę podstawiać, żeby dosięgnąć do tych najładniejszych baldachów. Na szczęście pomagają mi w tym parkowym zbieractwie moi synowie, Juliusz i Benedykt.  Mój najstarszy syn Teodor nie zdążył zjechać do domu przed zamknięciem granic i czekamy na niego z niecierpliwością.  Ma być na dniach. Syrop z bzu czarnego (Elderflower cordial) jest już od wielu lat naszym domowym pièce de résistance. Robię go co roku po kilkanaście do kilkadziesiąt litrów, w tym roku ostatnia butelka została wypita na jakieś dwa tygodnie przed zakwitnięciem nowych bukietów. Synowie go uwielbiają i piwniczka musi mieć go zawsze spory zapas. A z tych kwiatów, które pozostaną na krzewach i zamienią się w owoce powstanie ocet balsamiczny, który w dużych ilościach „schodzi” w czasie kiermaszu bożonarodzeniowego i ponoć ma właściwości uzależniające (przynajmniej sporo osób tak twierdzi). Pytanie, czy w tym roku kiermasz zaistnieje, bo jakże mam nadzorować dystansowanie się kilkuset osób pod mym dworskim dachem? Ostatnim moim produktem – też w serii syropów – jest robinia akacjowa. Często zapominam jak wiele tych drzew jest w parku dopóki nie przypomną o swojej obecności wyjątkowo delikatnym, łączącym w sobie nuty kwiatowe i orzechowe zapachem, który przypomina nieco zapach jaśminu. W tym roku, z pomocą Juliusza, zebrałam półtora kilograma kwiatów akacjowych.

Nastawiłam kolejny syrop, który również mnie zadziwił swoim delikatnie różowym kolorem, a przecież oczekiwałam koloru kremowego. Oglądając dokładnie akacjowe kwiateczki dopatrzyłam się, że ich szypułki mają lekko czerwonawy nalot i pewnie stąd takie zabarwienie syropu.

W tym samym czasie gdy zbieraliśmy robinię dojrzały pierwsze kilogramy truskawek  w ogródku warzywnym.

A także rozkwitły róże konfiturowe. Pomyślałam zatem, że zrobię coś nietypowego i spróbuję połączyć te dwa smaki i zapachy w jednym słoiczku.

I tak powstała konfitura truskawkowo-różana, na razie tylko sześć słoiczków, ale truskawki wciąż dojrzewają, a Rosa rugosa jest jedną z tych zadziwiających róż, które kwitną aż do października. Więc niechybnie ilość słoiczków się powiększy.

Za kilka dni rozleję do butelek kilkanaście litrów syropu bziego i akacjowego i nastawię kolejne. Potem będę plewić i czekać, aż dojrzeją pomidory, papryki, bakłażany, cukinie, dynie, morwy, jeżyny i maliny.  Będę musiała znowu odwiedzić stronę z opakowaniami szklanymi i zakupić duże ilości słoików, na które u Benedykta zamówiłam już dodatkowe półki do lamusa.  I wirus może mi naskoczyć! Czego i Wam kochani, razem z przewlekłym i nieustannym zdrowiem, życzę.

 

Komentarzy do Pędy, płatki i listeczki czyli pandemiczny embarras de richesses: 1

  • Małgorzata Baranowska  napisał:

    Oj, Ty Kochany Pracusiu! Aż łezka w oku sią kręci, bo przetwórstwo owocowo-warzywne jest mi bliskie /było/. Wyniosłam to po Mamie z domu, jak była pełna spiżarnia w kuchni i piwniczka w schronie, byłyśmy spokojne o zimę i przetrwanie. Grzechem byłoby niewykorzystanie darów Matki Natury. Przydałoby się i 5-ć takich Beatek, ale na szczęście masz wspaniałych synów, no i przyjacielską, pomocną dłoń oczywiście. Chleby Benedykta to arcydzieła, zamawiam choćby kawałek na spróbowanie. Warzywnik imponujący, oglądamy chyba te same programy, b. piękny i wygodny. Do tego ta Twoja lekkość myśli, mowy i pióra. Przeczytałam jak zwykle z ogromną przyjemnością, pozdrawiam Was wszystkich, do miłego 🙂 .

Zostaw odpowiedź.

Możesz używać następujących znaczników HTML i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>