Kordoba, kordyban i kurdybanek czyli rapsody in blue

Andreas Feininger, amerykański fotograf i autor wielu książek poświęconych fotografii poczynił pewne oczywiste spostrzeżenie, a mianowicie, że co roku na wiosnę „miliony amatorów fotografii wychodzą z domu by powtarzać wciąż te same, nudne ujęcia. Zapytani, po co to robią zwykle nie potrafią wskazać powodu”.  Ja również zaliczam się do owej pokaźnej grupy amatorów fotografii i od kilkunastu już wiosen regularnie wychodzę do tego samego parku, nieodmiennie powtarzając ujęcia tych samych kwiatów i roślin.  Trudno mi ocenić czy są nudne czy też nie, ale gdyby mnie zapytano dlaczego to robię, to powód byłby oczywiście jeden:  żadna wiosna nie jest taka sama i każda potrafi zachwycić czymś innym lub przemycić jakąś niespodziankę.  W zeszłym roku były to śnieżnobiałe kobierce filigranowych zawilców i kremowe kiście czeremchy.  Rok wcześniej oczy cieszyła wyjątkowa obfitość złoci żółtej i setki fioletowych kępek kokoryczy pełnej.  Znowu kiedy indziej bujnie kwitnące jabłonie w sadzie lub biel kwiatów tarniny na tle jej kruczoczarnych gałązek. Więc nieodmiennie się zachwycam, przeżywam kolejną wiosnę i ją w kadrach utrwalam, po pierwsze by móc samej za jakiś czas do tych momentów powrócić, a po drugie by poprzez fotografię podzielić się tym zachwytem z innymi.  I tak jak napisałam na początku, że każda wiosna jest inna, tak również i tegoroczna przyniosła kolory i kształty w miejscach, w których wcześniej z pewnością ich nie było.  Tego roku są to przytulone do ziemi niebieskości i fiolety. A to kępa dzikich bratków przycupniętych pod pierwszym stopniem dworskich schodów, z cudnym żółtym oczkiem okolonym czarnymi „rzęsami”,

a to aromatyczne fiołki wyrosłe na tle kamiennej donicy,

a to lawendowe poletko kurdybanka za dawną bukaciarnią, w cieniu starych czarnych bzów.  W zeszłym roku w takiej ilości go tam nie było!

W moim ogrodniczym umyśle jest taki zakątek lingwistyczny, gdzie gromadzą mi się sympatycznie lub dowcipnie brzmiące nazwy roślin.  Nie ma w nim pluskwicy olbrzymiej, judaszowca ani parzydła leśnego, jest natomiast kocimiętka, przytulia, firletka, aksamitka –  i także bluszczyk kurdybanek.  Kurdybanek zawsze mi brzmiał jak zdrobnienie i okazuje się, że rzeczywiście tak jest. By zrozumieć jego etymologię musimy się cofnąć aż do późnego średniowiecza, kiedy to w ówczesnej Kordobie było prowadzonych przez najzdolniejszych mauryjskich złotników i garbarzy wiele wytwórni kurdybanu (zwanego również kordybanem, od nazwy miasta). Kurdyban to pięknie wyprawione, wytłaczane, malowane i złocone skóry koźle (rzadziej cielęce lub jagnięce), używane do obijania drogich mebli, wykładania ścian w pałacach, do oprawiania ksiąg i do produkcji barwnego obuwia. Były one bogato zdobione, a wśród różnorakich ornamentów częste były motywy roślinne: liście akantu, winorośli, bluszczu i bluszczyku.

I to właśnie bluszczyk Glechoma hederacea, mający długie pędy z okrągłymi, błyszczącymi, jakby wytłaczanymi listkami, przejął w języku ludowym nazwę od kurdybanów. A że bluszczyk ów jest raczej roślinką niż rośliną, przejął ją od razu w postaci zdrobniałej i stąd – kurdybanek. Sam kurdyban stał się bardzo popularny w Europie w czasach renesansu,  jego największa produkcja to XVII i początek XVIII w., a zanik popularności przypada na koniec XX wieku. W Polsce cech kurdybaników powstał 16 lutego 1615 roku w Gdańsku.  Natomiast nasz bluszczyk kurdybanek to zioło samosiejka pnące się po ziemi, które zaczyna kwitnąć w drugim roku życia, przeważnie w maju i kwitnie aż do jesieni. Ma lawendowe, niczym miniaturowe lwie paszcze kwiaty,

a jego liście okryte grubą powłoką woskową, mieniąc się w migotliwym cieniu rzucanym przez wiekowe drzewa, wydają się być fioletowo-czerwono-bordowe.

Kurdybanek jest przez wiele osób uważany za chwast i tym samym tępiony z rabat kwiatowych. A tak naprawdę jest to roślinka ze wszech miar zadziwiająca, prawdziwa lecznicza bomba. Działa zbawiennie na trawienie i przemianę materii. Jest bogaty w składniki odżywcze i sole mineralne. W surowym  bluszczyku występują garbniki, te natomiast działają przeciwzapalnie, przeciwbiegunkowo, przeciwgorączkowo i ściągająco. Kurdybanek stosuje się również jako składnik opatrunków na trądzik, trudno gojące się rany czy oparzenia ponieważ regeneruje on naskórek. Odwary z niego pomagają łagodzić dolegliwości wątroby i trzustki. Reguluje pracę oskrzeli i płuc, działa zatem korzystnie przy astmie i kłopotach z oddychaniem.  Wspomaga pracę układu nerwowego, łagodzi stres i niepokój, wzmacnia układ odpornościowy, zwiększa liczbę białych krwinek czyli leukocytów, które odpowiadają za ochronę organizmu przed wirusami i bakteriami. Mówi się też, że bluszczyk kurdybanek to naturalne antidotum na zatrucie organizmu, choćby po wypiciu nadmiernej ilości alkoholu. Kurdybanek jest darem natury, doskonałym środkiem leczniczym, który nie posiada skutków ubocznych i nie jest szkodliwy dla organizmu. Jest to jedno z najstarszych ziół znanych na terenie Polski.

Niepozorny z wyglądu bluszczyk, który w tym roku wziął w parku w posiadanie kilkanaście metrów kwadratowych, nie na darmo nazywany jest chwastem cudotwórcą.  Ponoć bez niego nie byłoby zwycięstwa Sobieskiego pod Wiedniem!  Otóż kiedy Jan III Sobieski wybrał się na wyprawę wojenną, by zatrzymać szarżę Turków, w obozie Polaków zapanował tyfus, który dziesiątkował żołnierzy.  Oddział, który wysłano na przedmieścia do pilnowania i zabezpieczania obozu głównego zauważył, że zwierzęta jedzą jakieś zielone rośliny, które choć niepozornie wyglądające, dawały im siły i chroniły przed zachorowaniem. Rycerze zaczęli więc masowo pić napój leczniczy w formie herbatki, dzięki czemu stawali się odporni na zarazki i bakterie, a także mieli dużo więcej energii, mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, braku pożywienia, chłodu i brudu. I tak zielsko, które wydawało się nic nie znaczącą rośliną, a okazało się właśnie kurdybankiem, ochroniło armię przed dalszym rozwojem epidemii wzmacniając siły witalne żołnierzy i tym samym prowadząc Jana III Sobieskiego do zwycięstwa.  Taką „rycerską” herbatkę możemy bardzo łatwo przygotować sobie sami, wystarczy łyżeczkę ziela zalać wrzątkiem i odstawić na 10 minut. Ma jasny, delikatny kolor i wspaniały aromat i można ją spożywać wraz z syropem z mniszka lekarskiego (przepis na syrop z mniszka tutaj: http://radoniedwor.pl/blog/2016/04/22/slonce-w-sloiku/). Korzystając z niespodziewanej tej wiosny obfitości cudownego zielska porobiłam kilka bukiecików, które teraz suszą się w kuchni. Wkrótce będę testować wyjątkową moc kurdybanka na sobie.

Bo bluszczyk wykazuje nie tylko właściwości lecznicze, lecz ponoć także magiczne – ma pomagać w radzeniu sobie z trudnymi sytuacjami i odganiać niepokój, a w dni szczególne, kiedy podkreślano związek człowieka z przyrodą, panny plotły wianki kurdybankowe i nosiły na głowach, by móc zobaczyć więcej.  Ja tę magię  płynącą od kurdybanka poczułam dzisiaj o świcie – nocna mgła zamieniła się w obfitą rosę, która podświetlona przez wschodzące słońce stworzyła wokół tych lawendowych kwiatków takie bajeczne piękno, że żaden niepokój nie miał do mnie dostępu.

Czego świadkiem był oczywiście mój przyjaciel Nugat 🙂

Pozdrawiam wiosennie!

 

Mieszanka na poprawę i zwiększenie ilości leukocytów autorstwa
Dr Różańskiego
:

  • 2 łyżki kurdybanku
  • 1 łyżka pokrzywy
  • 1 łyżka mniszka
  • 1 łyżka glistnika
  • 1 łyżka babki

2 łyżki mieszanki zalewamy 2 szklankami wrzątku i gotujemy 20 minut.

Napar należy spożywać 4- 5 razy dziennie w ilości 200 ml.

Syrop z kurdybanku autorstwa Stefanii Korżawskiej przeciw anemii oraz jako lek uspokajający:

Garść świeżych liści i kwiatów kurdybanku zalać 6 szklankami wody, gotować, przez 15 minut, przecedzić przez gazę i dodać miód w ilości tożsamej ilości wywaru.

Wszystko wymieszać, ponownie zagotować przez 5 minut.

Przelać do małych buteleczek. Syrop może być dodatkiem do herbaty lub ciepłej wody.

Komentarzy do Kordoba, kordyban i kurdybanek czyli rapsody in blue: 1

  • Małgorzata Baranowska  napisał:

    Beatko, jesteś mistrzynią słowa i do tego tak pięknie przemycasz różne wiadomości, a nie każdy to potrafi. Przy okazji roślinek wplatasz historię, zielarstwo, medycynę … i zawsze tyle emocji, zamykam oczy i wiem gdzie jesteś, o czym piszesz. Zdecydowanie jestem 1/1000000 amatorów fotografii, też tak mam, sądzę, że te nasze powroty to nasze wspomnienia, podglądactwo, nasze ukochane miejsca, kwiaty, drzewa, obiekty …, ale przede wszystkim emocje. Nigdy też nie zastanawiam się czy są nudne, bo gdyby takie były nie poświęcałabym im ponownie czasu. One są po prostu magiczne, nosimy je w sercach, a sam moment uwieczniania jest moim samopoczuciem, radością, ciągłym zachwytem nad światem, a zwłaszcza późną jesienią i zimą lubię do nich wracać. Na szczęście nie jestem skażona „techniką”, czasem naświetlania, super jakością, bo tu chodzi o ten moment, tu i teraz. Jeśli chodzi o Twojego, dzisiejszego bohatera, słyszałam o smakowitej nalewce z kurdybanka /niestety nie znam przepisu, ale penie jest ich wiele?/. Ja zamawiam go u Ciebie na: trawienie, przemianę materii, płuca, oskrzela i układ odpornościowy /ale będę zdrowa!/. Serdecznie pozdrawiam <3

Zostaw odpowiedź.

Możesz używać następujących znaczników HTML i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>