Między ustami a brzegiem pucharu, czyli słów parę o „les serviettes”

Za parę dni mamy kolację na kilkanaście osób i prasuję dzisiaj serwetki, bo po tym jak wszystkie zostały użyte na urodzinach Benedykta to chwilę później, już wyprane, zaległy mi gdzieś na samym dole wciąż rosnącej hałdy do prasowania i cichutko sobie tam leżały przez ponad dwa miesiące. Nie wiem jak Państwo uważacie, ale dla mnie prasowanie jest czynnością mocno debilitującą...

Czytaj więcej

Morwówka na parapecie

Pamiętam ten moment, kiedy po raz pierwszy w życiu zobaczyłam drzewo morwowe.  Było to w Wielkiej Brytanii pod koniec lat 80. Morw było kilka, w starym parku, one same też już potężne i wiekowe.  A pod nimi rozpościerał się dywan z prawie czarnych owoców, ni to malin, ni to jeżyn.  Wyglądały na jadalne, więc niewiele myśląc spróbowałam: były pyszne!  Soczyste, delikatne, o słodko-kwaśnym smaku, trochę jakby z nutką melona. Mulberry tree...

Czytaj więcej

Kolorowo poplenerowo

Jak już kiedyś pisałam w jednym z wcześniejszych moich wpisów blogowych, próbuję w sobie (na wczesną starość) rozbudzić talent malarski, którym niewątpliwie dysponował mój tato.  To budzenie następuje powoli i tak do końca nie jestem pewna, czy aby mam co budzić 🙂  Niemniej prawda jest taka, że od jakichś trzech lat uczęszczam –  aczkolwiek czasami niezbyt systematycznie, tak jak mi czas pozwala – na warsztaty malarskie w Radziejowicach...

Czytaj więcej

Wieści przyziemne z parku i folwarku czyli maj zatrzymany w kadrach

Moim najbardziej faworytnym miesiącem roku jest maj i dużo później, już jesienią, październik.  Ale będąc jednocześnie faworytem, miesiąc ten powoduje we mnie również wiele frustracji, głownie dlatego, że przez te trzydzieści jeden majowych dni pozostaję w stanie permanentnego niedoczasu i wewnętrznego konfliktu...

Czytaj więcej

Kordoba, kordyban i kurdybanek czyli rapsody in blue

Andreas Feininger, amerykański fotograf i autor wielu książek poświęconych fotografii poczynił pewne oczywiste spostrzeżenie, a mianowicie, że co roku na wiosnę „miliony amatorów fotografii wychodzą z domu by powtarzać wciąż te same, nudne ujęcia. Zapytani, po co to robią zwykle nie potrafią wskazać powodu”.  Ja również zaliczam się do owej pokaźnej grupy amatorów fotografii i od kilkunastu już wiosen regularnie wychodzę do tego samego parku, nieodmiennie powtarzając ujęcia ty...

Czytaj więcej

Pisanki, kraszanki, drapanki

Na kilka dni przed świętami Wielkiej Nocy (czyli właśnie teraz), podgrzewam na blacie kuchni małą metalową puszkę z woskiem. Obok leży patyczek z umocowaną na końcu szpilką i kilka ugotowanych wcześniej jaj.  Będę robić pisanki, tak jak to robił przede mną mój Tato, a przed nim jego tato.  Pamiętam kiedy jako dziecko patrzyłam z podziwem, gdy swoją pewną ręką wyczarowywał – podobnym patyczkiem – zawiłe i cudownie symetryczne wzory na bieli owalnych jajek...

Czytaj więcej

Trzy lata w eterze

Kochani moi! Dokładnie trzy lata temu, 21 marca 2016 roku podjęłam decyzję o pisaniu niniejszego dworsko-parkowego bloga.  Przez te ponad tysiąc dni starałam się z Wami dzielić wszystkim tym co działo się w moim małym radońskim majątku.  Opisywałam wydarzenia, plenery, sesje zdjęciowe, warsztaty, kiermasze bożonarodzeniowe, nietypowe wizyty...

Czytaj więcej

Kotki na iwie

Jak co roku o tej porze, gdy spaceruję z psami po parku, mój spragniony kolorów wzrok wyłapuje każdy żywszy odcień i cieszy się nim.  Zielone mchy porastające pnie drzew, porosty w kolorze rozbielonego grynszpanu i jaskrawej pistacji, krzykliwie czerwone gałązki derenia białego.

Czytaj więcej

Kwadratura gwoździa czyli myśli niespójne

Minął styczeń, miesiąc na styku starego i nowego roku.  W języku angielskim to January, nazwa pochodząca od imienia rzymskiego boga Janusa, który zazwyczaj był przedstawiany z dwoma twarzami, jedną patrzącą w przeszłość, drugą w przyszłość.

Czyli można by powiedzieć, że jest pewien związek z naszą polską nazwą miesiąca „na styku”, choć nie tyle etymologiczny lecz raczej obrazowy...

Czytaj więcej

Rozmowy przy choince

Mądrość ponoć przychodzi z wiekiem.  I też ponoć człowiek może się codziennie czegoś nowego nauczyć.  W drugi dzień świąt Bożego Narodzenia gościłam w Radoniach – jak co roku – całą moją rodzinę z Goczałkowic.  I jak za każdym razem gdy spotykam się z moją Matulą to po Jej wyjeździe jestem o jakąś drobną część Jej ogromnej wiedzy i mądrości bogatsza. Rozmawiałyśmy między innymi o moich wpisach blogowych i marudziłam, że w okresie zimowym niewiele mam tematów do rozwinięcia...

Czytaj więcej